|
|
to byly nasze pierwsze wspolne swieta
bylo cudownie ale brak przestrzeni wlasnej troche sie mi dal we znaki
mysle ze jemu tez… tylko ze on nigdy nie werbalizuje swoich potrzeb
a ja wrecz przeciwnie… wykrzykuje je za wszystkich
cudownosc przeciwienstw nadal powoduje u mnie zawroty glowy
bylo jak to u nas
duzo, glosno, smacznie, biesiadnie
i sie nawet Jarek do karpia przekonal
choc oboje musimy popracowac jeszcze nad nadzieniem =D
niestety nie jestem w stanie ogarnac nowego bloga
czasem okazuje sie ze nowe nie jest wcale lepsze
wszystko mnie tu drazni
nawet fakt ze okienko do dodawania nowych notek jest waskie na 5 linijek
nie umiem dodac zdjecia i generalnie wszystko mnie wkurza
wiec drogi blog.pl dziekuje ci serdecznie za zmiany ktore zmusily mnie do przeprowadzi
na bardziej przyjazna platforme
szkoda mi tych 10 lat wspolpracy
tych wszystkich milych wspomnien, wielu komentarzy
ale wierni czytelnicy wiedza gdzie mnie szukac
tak wiec niech slub bedzie kamieniem milowym
czas zaczac od poczatku
BAJ BAJ
Wczoraj zupelnie niechcacy ze spokojnej rozmowy o tym „co dalej”
zrobila sie karczemna awantura.
Bo kazdego ciagnie w swoje strony
i kazde z nas ma swoje racje i plany.
Zastanowic sie jednak nalezy czy aby na pewno
on moze realizowac sie tylko na poludniu a ja tylko w centrum.
Do tej pory zylam w bardzo egoistycznym przekonaniu
ze tam gdzie dobrze jest matce tam cala rodzina bedzie sie czula jak w domu.
Nie wykluczone ze moje parcie na Warszawe
wynika z takiego wlasnie podejscia do tematu.
Nie ukrywam ze bezpieczniej bede sie czula
majac na wyciagniecie reki cala rodzine i wierne przyjaciolki.
Co prawda, nie mam problemu z nawiazywaniem nowych znajomosci
i bardzo lubie sie z kuzynkami Jarka,
ale na takie wiezi, gdzie mozna byc ze soba na wzajem totalnie szczerym,
pracuje sie latami a wiadomo ze z czasem u nas krucho.
Fakt ze nie mamy wlasnego kata troche nam utrudnia sytuacje,
bo jak bysmy byli z gory przypisani do dzialki albo mieszkania
to ani jedno ani drugie nie mialoby odwagi krecic nosem,
niezaleznie od lokalizacji tejze dzialki i tegoz mieszkania
zaczelibysmy zapuszczac korzonek.
W tym calym rownaniu jest tylko jedna wiadoma:
bez kredytu i tak sie nie obejdzie.
Pytanie tylko czy mieszkanie w centrum czy dom na poludniu.
Odpowiedz powinna byc prosta: biorac pod uwage
ze cene 25m kawalerki w Warszawie mozna kupic
dom do remontu w wiosce na poludniu z 12 arami ziemi
i jeszcze grosik na remont zostanie.
Kuszaca propozycja i to bardzo!
Moim marzeniem jest pic kawe na tarasie
i patrzec jak bosonogie dzieci biegaja po ogrodku.
Sielsko anielsko.
I o wiele mniej niebezpieczenstw czyhac bedzie na moje dziatki.
Zadnych narkotykow, papierosow, alkoholu, nastoletniej ciazy.
Niebo na ziemi!
Chyba kazda matka chce takiego dziecinstwa dla swoich potomkow.
Tylko co ta matka bedzie robic z dala od miasta?
Przepraszam ale tak jak widze sobie siebie robiaca konfitury i inne przetwory,
albo z robotka reczna w bujanym fotelu
to jakos nie widze sobie siebie dojezdzajacej PKSem do pracy
w znienawidzonym Krakowie.
Poza tym wiem bo sprawdzalam na dzien dzisiejszy
ofert pracy dla mnie jest 1:16 (cala malopolska-v-Warszawa).
Dla Jarka 1:0 (wiec nawet w Warszawie potrzebuja stolarzy bardziej niz na poludniu).
Ja wiem, ze Jarek marzy o wlasnej stolarni
ale dopoki nie zakorzenimy sie na nowo w polskiej rzeczywistosci
uwazam ze to marzenie nalezy na razie odlozyc,
z prostej przyczyny ze nie mamy pieniedzy na wlasny biznes.
Kredyt?
A i owszem, mozna wziac,
ale kredyty przerazaja mnie z jednej prostej przyczyny:
boje sie o nasz dobrowolny brak plynnosci finansowej,
bo w tak zwanym miedzyczasie czeka nas rezygnacja
z naszych cieplych Londynskich posadek
i przeprowadzka do Polski (jesli zdecydujemy polnoc czy poludnie).
Obawiam sie, ze lapanie kilku srok za ogon jednoczesnie w naszej sytuacji
nie jest dobrym pomyslem,
a skoro juz jestesmy przy ptasiej analogii
to ja bardzo prosze zeby mnie nie posadzac
o podcinanie Jarkowych skrzydel.
To jego marzenie, bardzo piekne nie ukrywam,
o domku na wsi i wlasnej, dobrze prosperujacej stolarni
z zona siedzaca w domu pilnujaca domowego ogniska,
bardzo mi sie udziela ale
nalezy zachowac tutaj ostroznosc z duza dawka realizmu.
To wszystko samo sie nie zrobi
i uwazam za niemadre wpakowanie sie w kredyty rzedu 500,000zl
w momencie kiedy obydwoje nie mamy punktu zaczepienia:
ani wlasnego kata ani pracy.
A jesli nawet juz ten kredyt bedzie (bo byc musi)
to wydaje mi sie ze latwiej go splacic w Warszawie niz na poludniu.
Nie wyobrazam sobie powrotu do Polski
z dzieckiem przy cycu (jak Bog da)
w obce mi zupelnie strony,
z malymi perspektywami na prace,
z rudera do remontu,
kredytem do splacania
i biznesem do rozkrecenia,
bo jak to wszsystko mowiac brzydko jebnie
to zostaniemy w ciemnej dupie.
Mam naprawde duze obawy czy z pracy jednoosobowej stolarni
bedziemy w stanie splacic kredyty, utrzymac dom i rodzine.
Wiem ze bedac w Warszawie obydwoje bedziemy rowno pchac ten nasz wozeczek.
Na poludniu sily rozloza sie nierowno,
ale moze faktycznie czas najwyzszy dac innym sie wykazac?
Przeciez nie wszystko musi byc tylko na mojej glowie…
jesli sie nad tym dobrze zastanowic
to Jarek przeciez nie byl by az tak nieodpowiedzialny, nierozsadny…
i na pewno ma jakis plan.
Choc z drugiej strony czy nie prosciej byloby wrocic do duzego miasta,
ciasnego mieszkanka, do cieplej posadki ze srednia krajowa
i miec najblizszych na wyciagniecie reki?
Wiem jedno, dluzej w Londynie nie wytrzymam
i teraz naprawde musimy podjac decyzje co dalej.
Ostani weekend listopada bylismy w Warszawie
Doslownie na jeden dzien
Zrobic dziewczynom niespodzianke
Tata i Madzia o wszystkim wiedzieli
Na potrzeby chwili o wszystkim tez dowiedziala sie ciocia Jagoda
Bo tak sie zlozylo ze chciala rodzicow na sobote zaprosic do siebie na ploty
Tata jednak trzymal reke na pulsie i wszystko odkrecil =)
Wyladowalismy o 10:00
Na lotnisku czekal na nas komitet powitalny
W skladzie Beata z kartka „Hanka i Rumcajs”
I Tomek w samochodzie (DZIEKUJEMY)
Pojechalismy na przepyszne [sic!] sniadanie do Jeffs
Zawsze sobie obiecujemy ze nigdy wiecej
Nie zamowimy tam nic innego jak piwo i frytki
I za kazdym razem popelniamy ten sam karygodny blad
Wybierajac inne osobliwosci z menu…
No a potem to juz byla tylko akcja „niespodzianka”
Madzia weszla pierwsza do domu
Uspila czujnosc mamy i babci
My w tym czasie przemknelismy do drewnianego pokoju
A potem to juz tylko „dzien dobry co na obiad” i opadniete szczeki =)
A na obiad byly ruskie „patelniaczki” (dzieki Madziu za przekonanie babci!)
i zupka pomidorowa i losos i same smakolyki
na deser o 18:00 mialam wizyte u dentysty
i jak tylko ja przezylam to dopiero sie zaczelo!!
Madzia zrobila zakupy pod pretekstem imprezy u Mietka
wiec stol byl suto zastawiony… wodeczka sie lala do 3:00 nad ranem
ja osobiscie wytrabilam 1,5 butelki bialego wina…
no i na sam koniec dostalam glupawki…
a ranek byl ciezki… i droga na Sunnyhill tez…
ale jak to mowia w zyciu piekne sa tylko chwile
dlatego czasem warto zyc… i jezdzic do domu =)
Moja kolezanka z pracy ma fiola na punkcie muffinkow i babeczkow.
Przy okazji zamawiania kuponu na depilacje znalazlam cos
co myslalam ze ja zainteresuje,
mianowicie maszyne do pieczenia takich roznych cudeniek.
W ogole bym sie nie wychylala,
gdybym nie wiedziala ze ona ma w domu maszyne do pieczenia chleba..
wiec pomyslalam ze taka maszyna tez ja zainteresuje…
RBSec
Sorry I am turning into offer addict… careful it’s spreading LOL
But this one is quite cool =)
http://www.kgbdeals.co.uk/national/deals/58245/muffin-maker—premium-cookware—national
Erin Cole
Hmmm does look good but if you consider that you can make muffins
in the normal cupcake tins and chuck them in the oven
RBSec
Yeah true but there might be something more to it like with bread makers…
Just thought you might like it that’s all
Erin Cole
Yer I no its kwl.
They do cupcake ones as well that cook the cupcakes
inside a machine thing like that as well.
RBSec
But thinking about it, seems like a waste of space and money LOL
It must be for ppl who are rubbish in the kitchen like me =D
Erin Cole
Lol. well that’s kinda what I was trying to say nicely. (oi you little bitch!)
Like cake tins aren’t that expensive as opposed to a whole nother machine to cook something that can be cooked in a oven at a minium cost. U no.
(just like bread, you mean, for which you have a machine at home?)
RBSec
So what is with the bread maker then? Are they any different to cupcake/muffin machines do you know?
……………………………………………
……………………………………………
……………………………………………..
ZATKALO RUSKIE KAKAO! HA!
W piatek przyleciala do nas Beata na przedluzony weekend.
Zlozylo sie to akurat z urodzinami Jarka
i niestety wyjazdem Tomka do Rzymu
wiec przyjechala sama ale za to godnie reprezentowala tych co nie mogli byc z nami.
W piatek porzadzilismy prawie do rana.
Po 20 przyjechal do nas Marcin…
nie do konca bylam przekonana czy co kolwiek robic z wlosami…
teraz juz wiem ze jak sie nie ma pomyslu to lepiej nie robic…
bo teraz mam znowu grzywke (ktora usilowalam zapuszczac)
i znowu bedzie mnie wkurzac i znowu wszystko jest nie tak…
znaczy bylo fajnie dopoki nie umylam glowy
i do poki nie probowalam czegos z tymi strakami na czole zrobic sama…
no a potem to juz sobie biesiadowalismy grzecznie w trojke i nadrabialismy zaleglosci….
W sobote od samego rana ganialysmy po sklepach
a Jarek w tym czasie cwiczyl ladowania.
Na 15:00 bylysmy umowione z Anit
i przez 3 godziny buszowalysmy po outletowym Matalanie…
nic sobie nie kupilam ale wygrzebalam fajna kurtke i sweter dla Jarka.
Pozniej zasiadlysmy przy kawie i ponazekalysmy na zycie…
babskie sprawy jak to mowia…
o 18:30 umowione bylysmy z chlopakami
i cala banda pojechalismy do Pappagone na urodzinowa kolacje.
Bylo jak zwykle pysznie, ze zboczonym deserem dla Jarka, „Happy Bersdej”
i masa prezentow
(dobrze ze nowy plecak jest na tyle duzy zeby zmiescic joystick, aparat i kurtke).

W niedziele Beata obdarowala Jarka reszta prezentow
przywiezionych na te okolicznosc z Warszawy…
(ksiazka o lotnictwie, pieknym dwuplytowym wydaniem dyskografii Dzemu,
flaszkami, zyczeniami…. i prezentami pocieszkowymi dla mnie
– Strefa Bąków wymiata!!!!!).
Po sniadaniu jak juz emocje opadly my pojechalysmy na Croydon
a Jarek zostal w domu wyprobowac nowe zabawki.
Dolaczyl do nas ok 14:00 i zaprosil na lunch do Nandos.
My do tego czasu zdazylysmy przetrzepac Primark.


Potem jeszcze tylko zakupy w tkMaxx i dzien zlecial.
Mielismy w planach isc na koktajle do B@1 ale jak zasiedlismy w domu na sofie
to nie bardzo sie nam chcialo nigdzie ruszac…
Beata upiekla pyszny serniki, bylo dmuchanie swieczek i drinki…
od nadmiaru cukru nie moglam zasnac… wiercilam sie chyba do 2:00 w nocy…
Na szczescie poniedzialek jakos zlecial…
A wieczorem jedlismy Hindusa…

O 4:00 rano przyjechala po Beate taksowka
ale nie bardzo pamietam…
Ze wzgledu na slub i wesele
zmuszona bylam w pracy liczyc na łaske pana
i blagac o bezplatny urlop.
Liczylam sie z tym ze mi odejma nadprogramowe dni od pazdziernikowej pensji
ale gdzies tam podswiadomie mialam nadzieje ze moze jednak daruja.
O ja naiwna… nie dosc ze mi odliczyli to na dodatek nie 3 a 5 ekstra dni
i tym samym moja wyplata pomniejszyla sie o £422…
Super ze sa tacy skrupulatni…
Ksiegowego jak na zlosc akurat nie bylo w pracy
i na wyjasnianie sprawy musialam zaczekac do poniedzialku.
Na szczescie udalo sie wszystko odkrecic i teraz czekam na przelew
ze zwrotem za 2 dni nienaleznie odliczone od pensji…
mam nadzieje ze tak jak sie umawialam z ksiegowym
przelew bedzie jeszcze w tym miesiacu bo troche mam scisk posladow…
a co sie naklelam to moje…
Zamiast pelnej pensji mam mam karte upominkowa do Selfridges
i nie wiem co sobie za te £150 kupic..
bo ekspresy do kawy owszem sa ale ten co sie nam podoba kosztuje £495(!!)
wymyslilismy ze wezmiemy sobie mini laptopka ale akurat nie maja go w magazynie…
poza tym ja jesli chodzi o laptopka to mam mieszane uczucia…
wolalabym cos na pamiatke… patchworkowa narzute,
albo ladny zestaw garnkow (koniecznie emaliowanych)…
ale niestety w Selfridges albo nie ma tego co mi sie podoba
to co mi sie podoba i maja jest cholernie drogie…
Zaraz po odkreceniu sprawy z urlopem dopadlo mnie straszliwe kaszlisko…
normalnie myslalam ze pluca wypluje…
tak wiec w srode mialam krotszy dzien…
dobrze sie zlozylo bo musialam odeslac paczke do Asos
bo to co kupilam bylo beznadziejne, ciezkie, zle uszyte i smierdzace
no i Agnieszka zlozyla male zamowionko dla dzieciakow
do zrealizowania przed nasza wizyta u nich planowana na niedziele…
a w czwartek siedzialam w domu z mega oslabieniem…
porzadkowalam mase slubno-weselno-poprawinowych zdjec…
5 godzin mi to zajelo… potem troche posprzatalam w papierach
i ugotowalam obiad dla meza… dzien zlecial…
a mialam odespac i sie podkurowac…
UPDEJT z 16 listopada
Dzis minelo 2 tygodnie odkad sie upomnialam o nalezne mi pieniadze.
Ksiegowy powiedzial ze to opieszalosc banku bo to nieplanowany przelew byl
i oni widocznie sie z tym nie spiesza
a mnie sie wydaje ze skurczybyk zapomnial go wogole zlecic.
Powiedzial ze da mi gotowke… owszem dal…
tylko teraz musze sie dowiedziec jakim cudem 2/5 z £422 to £120?
Mimo ze kolejny semestr na zajeciach sie juz zaczal,
a mnie dopadlo jesienne lenistwo
postanowilam jednak reaktywowac moje zmagania
z kolem garncarskim.
Do konca roku zostalo jeszcze 6 spotkan i wierze ze uda mi sie cos ulepic.
Musze sie zmobilizowac bo od siedzenia na kanapie tylko mi dupa rosnie…
spuchnieta jestem a waga pokazuje uparcie 65kg.
Tylko co ja poradze ze mam taki gigantyczny apetyt na wszystko to, czego mi nie wolno…
falafle, chipsy o smaku koziego sera, tosty z serem i keczupem…
ciemnosci Egipskie za oknem sprzyjaja siedzeniu w domu…
a do tego wszystkiego jeszcze odstawilam pigulki i pryszczy mnie na twarzy straszliwie…
nic tylko sie polozyc pod mieciutka kolderka od Pulinki
i przespac ten beznadziejny czas…
Na szczescie z ceramika jest jak z jazda na rowerze…
tego sie nie zapomina.. tak wiec tworze ile wlezie…
bo swieta za pasem a kasy na prezenty brak =)
zostalismy bardzo mile zaskoczeni przez Czesia i Justyne
przyszli w sobote na drinka i przytachali ze soba nasz slubny prezent
naprawde nie musieli… bo nam i tak glupio ze zamiast ich zaprosic
to poprosilismy ich o podlewanie kwiatkow i dogladanie mieszkania
bo Beata z Tomkiem mieli na ten czas inne plany =)
tym samym stalismy sie posiadaczami cudnego obrazu
ktory natychmiast zawisl w sypialni
(see notka below)
a dzis do biura DHL dostarczyl paczke
od Pulinki… z obiecanym prezentem-niespodzianka
dostalismy koldre i dwie poduszki z najprawdziwszego jedwabiu!!!
prosto z Chin… posciel jest super mieciutka, super lekka i ma magiczne wlasciwosci
duzo lepsze niz najlepszy puch!

wiem bo Paula dolaczyla do zyczen notke objasniajaca =)
"Kochani,
w koncu przesylam Wam moj prezent z okazji Waszego slubu
i mam nadzieje ze sie przyda. Kilka slow wyjasnienia bo pez tego
to zwykla koldra i poduszki a taka nie jest. To posciel zrobiona z naturalnego
najprawdziwszego jedwabiu (jedyna rzecz jaka sie Chinczykom udala)
Jak to jedwab ma swoje specyficzne wlasciwosci – jest antyalergiczna,
jedwab nie przyjmuje kurzu ani roztoczy, latem chlodzi, zima grzeje.
Dodatkowo w poduszkach sa specjalne wkladki zrobioe z odchodow larw jedwabnikow
(wiem! wiem!) Pomagaja przy migrenach, problemach z zatokami i fajnie masuja
Ale przede wszystkim fajnie sie pod tym spi i mam nadzieje ze Wam tez sie bedzie dobrze spalo
I jeszcze raz duzo duzo milosci
Caluje Paulina"
teraz to nie ma bata musimy sie wyspac =)
W zeszly weekend balowalismy to w ten weekend nie moglismy byc gorsi
na wieczor zaprosilismy Anite z Piotrkiem i Czesia z Justyna.
Poniewaz pogoda nie dopisala zmuszeni bylismy zorganizowac party i poczestunek salonowy.
Przed impreza latalam z ciotka po sklepach w centrum.
Glownie w poszukiwaniu prezentu idealnego dla Jarka ktory niedlugo bedzie obchodzil 31 urodziny.
Dotarlysmy z Anita na Sunnyhill przed 18:00
i zastalysmy naszych chlopow pochlonietych gra na symulatorze…
reszta gosci dotarla chwile po 19:00 taszczac wielki i zupelnie niepotrzebny prezent dla nas.
I znowu mi glupio… =/

obraz 90x90cm od razu zawisnal na scianie na honorowym miejscu w naszej sypialni
W niedziele niektorzy mieli kaca giganta mimo to pojechalismy do Sutton odwiedzic Agnieszke.
12 pazdziernika urodzila synka wiec teraz jest u nich komplet.
Iza ma braciszka. Braciszek jeszcze nie ma imienia ale za to ma kolki
(wiem bo zostalismy poproszeni o kupienie po drodze infacolu).
Aga myslala przez chwile zeby dac malemu na imie Antek…
Jarek na to haslo wytrzezwial i powiedzial ze prosze bardzo
ale on w takim razie przestanie ich odwiedzac =P
Iza jest fantastyczna starsza siostra i bardzo pomaga mamie w codziennych obowiazkach.
Do pomocy przyjechala tez babcia Ula.
Zrobila rosolek z domowym makaronem ktory niektorym na kacu uratowal zycie =)
„Wujek ma katar tak?” pytala zatroskana Izunia.
Przez ten katar czy tam kaca bylismy z wizyta naprawde bardzo krotko…
az mi glupio..(znowu!!!)
ale nadrobimy jak chlopczyki (wujki i braciszki) beda sie mialy lepiej
P.S. Braciszek ma na imie Leon. HELLO LEON!!
|
|